"Był sobie pies" Bruce'a Cameron'a, czyli książka, przy której się popłakałam
no siema.
"Był sobie pies" nawet ma swoje przesłanie. Pokazuje jak ważna jest miłość pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem. I potwierdza tak często powtarzane zdanie, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Bailey, w kolejnych wcieleniach, był tak naprawdę mądrzejszy o "jedno życie". Wiedział jak należy się zachować i wykorzystywał to.
Dzisiaj postanowiłam Wam opowiedzieć coś na temat książki po tytułem "Był sobie pies". Jak pewnie wiecie ostatnio wyszła jej ekranizacja. Okej. Nie ostatnio, bo 17 lutego tego roku. Książka tak mnie zainteresowała, że postanowiłam poszukać jakiś ciekawostek na jej temat. Jednak Internet nie dysponował żadną ciekawą wiedzą na ten temat. Była jednak jedna "ciekawostka", która krążyła po Internecie. Okazało się, że na planie filmowym, podczas jednej ze scen, ekipa filmowa siłą wepchnęła psa do sztucznie wykreowanego zbiornika (mimo że ten stawiał opór). Prąd nagle wciągnął psa do wody i trzeba go było ratować. To takie trochę smutne ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Bruce Cameron stworzył książkę, która opowiada o pewnym psie, który tak naprawdę nie jest zwykłym psem. Dlaczego? Ponieważ za każdym razem, gdy umiera odradza się pod inną postacią, do tego czasu aż wypełni "cel" swojego życia. Tak naprawdę najważniejszym wcieleniem głównego bohatera jest Bailey, który napotyka na swojej drodze Ethana. Razem spędzają ze sobą cudowne lata, ale wiadomo, zawsze coś musi pójść nie tak.
Ja osobiście uwielbiam zwierzęta, a w szczególności psy. Kiedyś nawet miałam psa. Była to suczka i miała na imię Snoopa. Była bez rasowa ale niestety była chora i długo nie pożyła. Moja babcia tez miała psa. Był to piękny Golden Retriever o imieniu Gaja. No ale cóż. Przeżyłyśmy razem cudowne 15 lat... Ale to nie czas na moje wywody :)
Tak strasznie spodobał mi się sam pomysł na tę książkę, że nie mam złego zdania na jej temat. Nie mogę się doczekać, kiedy obejrzę ekranizacje. Czytało mi się ja bardzo przyjemnie i szybko, mimo że kiedy zaczęłam ją czytać po raz pierwszy zatrzymałam się na ósmym rozdziale. Nie wiem czemu, pewnie czytałam dużo książek na raz (jak to zwykle robię) i po prostu musiałam coś odłożyć. Jednak jak zabrałam się za to po raz kolejny, nie mogłam się oderwać. Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie kompletnie urzekła w tej książce. Jest nią to, że wszystko jest pisane tak naprawdę z punktu widzenia psa. Ale jest to tak pisane, że my wiemy o co chodzi. Bo to powszechnie wiadomo, że psy nie umieją liczyć lat. Nie powiedzą nam, który jest dzień, miesiąc, rok. O tym dowiadujemy się z taki krótkich zdań, jak: "kiedy mógł mnie zabierać sam na przejażdżki" albo "jestem już na pół emeryturze".
Może teraz przejdźmy do tego czemu się poryczałam w dwóch momentach. Hahahaha, mam Was! Nie będę robić spoilerów bo jak mówi przykazanie "11": nie spojleruj :) Jeśli kochacie psy (albo jakiekolwiek inne zwierzęta) polecam Wam przeczytać te książkę. Mam nadzieję, że trochę Was zachęciłam do sięgnięcia po "Był sobie pies".
Wydawnictwo Kobiece
Jestem bardziej kociarą, ale ta historia mnie przyciąga :)
OdpowiedzUsuńJa w sumie nigdy nie potrafiłam powiedzieć czy jestem #teamkoty czy #teampsy ale każda historia o zwierzętach jest dobrą historią :)
Usuń